O Almanka

Gotuję bo muszę, piekę bo lubię, przetwarzam bo ilość słoików i butelek na półkach daje mi "kopa" do zrobienia następnych, a kocham.... z rzeczy przyziemnych - Kocham mój ogród !!!

Co za impuls…?!

Za oknem szaro, buro, wietrznie… aura w 100% nie dla mnie. Brak energii, brak zapału do czegokolwiek, a do tego jeszcze te zmiany pogody, ogromne wahania ciśnienia, ciągnąca się już chyba tygodniami migrena. Przerażenie budzi dodatkowo kartka z kalendarza i bijąca w oczy data… listopad ma się ku końcowi, najwyższy czas by pomyśleć o Świętach…

Zdaję sobie nagle sprawę z tego, że w innych latach byłam już bardziej „zaawansowana” w przedświątecznych przygotowaniach.
Ale z samego faktu, że widzę kartkę z kalendarza, że kłuje w oczy data, a ogląd całej sytuacji w realu nie jest pozytywny, nic jeszcze nie wynika – werwy jak nie było, tak nie ma.
Aż do dziś… bo dziś wszystko obraca się o 180 stopni, powraca na właściwe tory.
A powód tej zmiany?

Wybrałam się jak zwykle do „mojego ulubionego” sklepu na zakupy. Przy wejściu stały młodziutkie dziewczyny i z uśmiechem wręczały kartki z wydrukowaną listą produktów, które można dodatkowo zakupić i oddać potrzebującym. Te uśmiechnięte dziewczęta były wolontariuszkami Banku Żywności, rozpoczęła się bowiem Świąteczna Zbiórka Żywności.
Jakaż piękna akcja – pomyślałam i jakby uskrzydlona /sama nie potrafię stwierdzić co mi się nagle stało/ ruszyłam między półki sklepowe. Odezwały się we mnie tak ogromne pokłady dobroci /choć prawdę mówiąc często tak reaguję na potrzeby innych/, że obudziłam się z tego jesiennego „letargu” w jednej chwili.

Ochoczo kroczyłam między regałami i wkładałam do wózka raz potrzebne produkty do domu, a raz dla kogoś, może nawet bardziej potrzebującego niż ja.
Pomyślałam więc o produktach spożywczych dla domu, ale też o słodyczach dla tych nieznanych dzieci, wszak za kilka dni św. Mikołaja.
Przy wyjściu w podzięce otrzymałam naklejkę.
uśmiech

I coś mi się stało, coś się we mnie obudziło, wróciła energia, straszna chęć działania… do domu wróciłam już jako inna osoba.
Inna? nie, nie inna, ale taka sama jak dawniej… Ależ impuls, ależ „kopa” dostałam.

Zaczęłam intensywnie myśleć o zbliżającym się niebawem Świętach. Bo kto jak nie matka, babcia, ma o tym myśleć?

„Dobra gospodyni dom wesołym czyni”
.. makatki-wyszywanki wisiały ongiś w każdym domu, w każdej niemal kuchni…
I to jest prawda… gospodyni, czyli matka, jest odpowiedzialna za dom, za tzw. jego ognisko, za „dokładanie” drewienek, aby płomień nie zgasł, aby ciągle się paliło lub choćby tliło.
To w domu rodzinnym, a nie gdzie indziej, powinna być taka przystań, takie miejsce, gdzie przynajmniej raz w roku wszyscy się spotkają przy stole, a kiedy jak nie przy świątecznym stole?
A kto ma zadbać o to, aby wszyscy usiedli wspólnie i mieli przy czy zasiąść? Matka!

Kiedy przywołałam te wszystkie „złote myśli” już wiedziałam – najwyższy czas zabrać się do roboty.
I na początek upiekłam…  piernik… cudowny, pachnący miodem, cynamonem, naszpikowany orzechami i skórką pomarańczową, już mięciutki, a co będzie, kiedy „dojrzeje” do konsumpcji za 3 tygodnie??? na samą myśl robi mi się tak „świątecznie” na duszy.
Poczyniłam już też pierwsze kroki w kierunku „produkcji” uszek…będzie ich spora ilość, stąd używam słowa „produkcja”… grzyby się już moczą…
A reszta w następnych dniach, po kolei… Szkic świątecznego menu już opracowany, tylko działać.

I pomyśleć, że wystarczył taki mały impuls, danie coś od siebie, żeby natychmiast wróciło tyle dobrego, taka chęć bycia, życia, działania…nie mogę wręcz zrozumieć, jak to się stało.
Prawie jak w chińskim przysłowiu:
Co jawnie darujesz, potajemnie będzie ci zwrócone.
Albo:
Często dar jest niewielki, ale skutek z niego ogromny.
/Seneka Młodszy/

A teraz tego „kopa” chcę przekazać dalej… a odbiorca?… domyśli się, że jest adresatem…Koleżanko, „pierniczenie” czas zacząć!

Biały sos do smażonej ryby

Sos sam w sobie nie wygląda może zbyt efektownie, ale do ryby pasuje bardzo i smakuje też. Myślę, że warto od czasu do czasu wprowadzić jakąś odmianę w naszej kuchni. Autorem przepisu był Uretan.
kotlety rybne z białym sosem

Składniki

3 łyżeczki mąki krupczatki
oliwa
1 łyżeczka soli (lub 1,5 łyżeczki vegety)
2 łyżeczki cukru (lub lepiej miodu)
sok z cytryny (lub lepiej ocet winny)
1/2 łyżeczki pieprzu

Wykonanie

Na resztkę tłuszczu ze smażenia ryby (musi być go ok 3 łyżek, jeśli za mało – dodać oliwy) wsypać mąkę, zasmażyć bez rumienienia (może najwyżej leciutko zżółknąć). Wlać szklankę zimnej wody, dokładnie rozprowadzić zasmażkę, wsypać płaską łyżeczkę soli lub półtorej łyżeczki vegety, 2 łyżeczki cukru (lub miodu), zagotować. Wsypać pół płaskiej łyżeczki pieprzu. Ogrzewać i mieszając dodawać po troszku sok cytrynowy lub ocet tak, aby sos nabrał wyraźnego słodko-kwaśnego smaku (sos z octem jest smaczniejszy, choć mniej zdrowy). Włożyć kawałki usmażonej ryby, zagotować. Podawać z ziemniakami.

Zupa boczniakowa a’la flaczki

Przymierzałam się do takich flaczków „boczniakowych” od bardzo dawna, a to z prostego powodu – uwielbiam flaczki, takie prawdziwe, ale nie potrafię ich ugotować, nigdy zresztą nie próbowałam, a poza tym tylko ja jedna, jedyna w domu je lubię.
Kiedy spotkałam się z takimi a’la flaczkami z boczniaków, wiedziałam, że muszę je kiedyś zrobić.
Kiedy więc zobaczyłam je dzisiaj na sklepowej półce, natychmiast wylądowały w moim koszyku, a ja po powrocie do domu wylądowałam w kuchni. No, nie tak od razu, bowiem pierw poszperałam nieco w necie, poczytałam to i owo i stworzyłam taką oto zupkę a’la flaczki. Niektórzy brali repetę co oznacza, że chyba wyszło nieźle, zatem dzielę się moją „twórczością”.
zupa boczniakowa

Składniki

0,25 kg boczniaków /jedno opakowanie – tacka/
1 cebula
1 większa marchewka*
1 mała lub pół większej pietruszki*
kawałek selera*
kostka bulionu drobiowego /opcjonalnie/
sól, pieprz mielony
1 łyżka mąki
natka pietruszki
masło klarowane do smażenia

*) dziś zastąpiłam je mrożoną włoszczyzną – żeby było szybciej

Wykonanie

Oczyszczone warzywa pokroić w słupki /tzw. zapałkę/, cebulę w piórka, a grzyby w paski wzdłuż blaszek na kapeluszu..
W garnku stopić masło, włożyć pierw grzyby i cebulę, po chwili dodać warzywa, wsypać 1 łyżeczkę soli i dusić ok. pół godziny. Wlać 2 l zimnej wody, dodać ewentualnie kostkę rosołową, zagotować, po czym gotować jeszcze ok.15-20 min.
W wodzie /ew. śmietanie/ rozprowadzić czubatą łyżkę mąki, wlać do zupy i zagotować. Doprawić do smaku solą i pieprzem, dodać majeranek i natkę pietruszki.

Lekki bigosik z kapusty pekińskiej, cukinii i pieczarek

Robiłam kilka dni temu surówkę z kapusty pekińskiej, do której zużyłam połowę kapusty, zaś druga połowa /od strony głąba/ mi pozostała. A ponieważ nie lubię, aby się coś marnowało /u mnie z reguły się nie ma prawa marnować/, zaczęłam szukać sposobu na jej zagospodarowanie. I znalazłam u Koperka
Przy okazji mogłam zużyć także ostatnią cukinię, która dygotała z zimna na balkonie i była nieco przerażona na myśl o zbliżających się mrozach. Także pół opakowania pieczarek czekało jak na zbawienie, aby coś z nimi zrobić. Inne produkty niezbędne też były na posiadaniu kuchni, nie zostało więc nic innego, jak tylko zrobić tą potrawę.

Bigosik wyszedł bardzo dobry, leciutki, strawny, po prostu smaczny. A jaki ekonomiczny…i nic się nie zmarnuje.
bigosik z kapusty pekińskiej

Składniki

1/2 kapusty pekińskiej /część o grubszych liściach/
1 średnia cukinia
250 g pieczarek
1 marchewka
1 puszka pomidorów krojonych
1 pierś z kurczaka /pojedyncza/
1 cebula
2 płaskie łyżki koncentratu pomidorowego
1 płaska łyżka mąki
sól, pieprz czarny, vegeta, pieprz ziołowy, kminek mielony
natka pietruszki
olej

Wykonanie

Kapustę przekroić wzdłuż na 4 części, następnie pokroić w paski.
Cukinię obrać, jeśli ma ziarna – wydrążyć, pokroić w kostkę lub bardziej prostokątne kawałeczki.
Marchewkę, pieczarki i cebulę obrać, umyć i pokroić w kostkę, marchewkę w małe słupki.
Pierś z kurczaka umyć i pokroić w kostkę.

Do garnka dać troszkę oleju, rozgrzać, po czym wrzucić kapustę i marchewkę, a po chwili dodać pomidory z puszki. Dusić na małym ogniu.
Na patelni rozgrzać olej.  Wrzucić cebulę i pieczarki, po chwili dodać cukinię , chwilę smażyć, dodać do kapusty.
Na tej samej patelni podsmażyć kurczaka i też dodać do kapusty. Wszystko wymieszać. Przyprawić i dusić do miękkości warzyw, po czym ewentuanie zagęścić mąką. Przed podaniem dodać natkę.

Parówki pod serową chmurką

Parówki jak parówki, niby nic specjalnego, a jednak… zwłaszcza dla ich wielbicieli…
Dziś moja propozycja szybkiego ich przygotowania i podania …smacznie.
parówki z żółtym serem

Składniki

dowolna ilość parówek /u mnie Berlinki/
ser żółty w plasterkach – ilość odpowiadająca ilości parówek
dodatki – u mnie keczup, pomidor, cebula, zielona papryka

Wykonanie

Parówki obrać z osłonek, przekroić na pół, każdą połówkę okręcić połową plasterka sera i zapiec w mikrofalówce /parówka ma się podgrzać, a ser rozpuścić/.
Od razu nakładać na talerz, dodać inne składniki i zajadać z chlebem.
parówki z żółtym serem

Kotlety rybne z ryżem

Są już na moim blogu kotlety rybne, jakby mielone, z dodatkiem ziemniaków – Kotlety rybne z ziemniakami. Dziś będą podobne, ale dodatkiem będzie ryż.
Kotlety podałam z Białym sosem do smażonej ryby.
kotlety rybne z ryżem

Składniki

0,5 kg ryby morskiej np. mintaj, morszczuk
2 torebki /20 dkg/ ryżu
1-2 jajka
sól, pieprz cytrynowy, vegeta
szczypiorek lub natka pietruszki

jajko i bułka tarta do panierowania
kotlety rybne z białym sosem

Wykonanie

W osolonej wodzie ugotować ryż, odsączyć i ostudzić. Osobno ugotować rybę w wodzie z dodatkiem vegety /kostki rosołowej/, następnie osączyć i rozdrobnić za pomocą widelca. Do ostudzonego ryżu dodać rybę i przyprawy, a kiedy już będzie dobrze doprawione dodać jajka i dobrze wyrobić. Gdyby masa była za rzadka, dodać bułkę tartą.
Z masy formować kotlety, obtaczać w jajku, następnie w bułce tartej i smażyć na rumiano. Po usmażeniu układać na papierowym ręczniku w celu osączenia z nadmiaru tłuszczu.

Powróćmy jak za dawnych lat

„Powróćmy jak za dawnych lat
w zaczarowany bajek świat.
Miłością swoją w piękną baśń
me życie zmień.

Za siódmym morzem, z dala stąd,
znajdziemy czarodziejski ląd
i szczęście da nam każda noc
i każdy dzień”.

Dziś od rana chodzi za mną ta piosenka… jej słowa, jej melodia..
co u licha, myślę sobie, kto ma wracać, do czego ten powrót, dlaczego akurat dziś?
Ale zaraz, zaraz, jakiś powód być musi, nic nie dzieje się bez przyczyny.
Biorę do ręki kalendarz i nagle przychodzi olśnienie – przecież jutro popularne Katarzynki, za kilka dni Andrzejki…to czas tańców, hulanek, swawoli…

I tak samo nagle w ucho wpada mi inna melodia…

„Nie dla mnie sznur samochodów
Niech dalej jadą wprost przed siebie…

Nie dla mnie sezamy ulic
I kolorowych świateł gwiazdy
Nie dla mnie ta noc nad miastem…”

No fakt, nie da się ukryć – już nie dla mnie… ale czy to znaczy, że nie można też marzyć? Można! i trzeba!

„Pomarzyć bardzo dobra rzecz.
Ech, życie, życie nudne.
Pomarzyć bardzo dobrze jest,
w niedzielne popołudnie…”

A może zamiast marzyć, po prostu wsiąść do „pociągu byle jakiego”? albo jeszcze lepiej do wehikułu czasu?
Ja wsiadam „do karocy wspomnień” i udaję się w czasy przeszłe, prawie zamierzchłe, bo pół wieku wstecz… no, może nie do końca pół wieku, ale prawie, prawie…

Ależ to był okres, co prawda daleko mu było do karnawału, ale i tak, prawie tydzień tanecznego szaleństwa. W dzień św. Katarzyny /25 listopada/ panny już od rana przymierzały kiecki, robiły fryzury i inne upiększenia swej urody, aby na wieczór olśnić swego wybranka. A kiedy na celowniku jeszcze nikogo nie było, trzeba się było postarać jeszcze bardziej, żeby „coś” upolować, wszak partner do tańca był potrzeby aż do wieczoru Andrzejkowego, a jak dobrze się poukłada, to i na zabawę Sylwestrową będzie jak znalazł.

Nastrój zatem panował prawie podniosły, przy skocznej muzyce sączącej się z radia. Jedni byli podekscytowani wieczorem i „stanem posiadania”, inni zaś byli pełni nadziei, co też nieźle podnosiło adrenalinę.
A potem już „cała sala…”.

Ale w Andrzejkowy wieczór to się dopiero działo, bo to i tańce też były, ale do tego jeszcze wróżby. Co było przy tym zabawy, ile śmiechu, ile – płonnej czasem – nadziei, a wypieki na twarzach uczestników… to trzeba było widzieć.

Zaczynało się od losowania karteczek, z wypisanymi na nich imionami… wylosowane imię miało oznaczać imię przyszłego męża.
Potem w ruch szły buty… ustawiało się je gęsiego, jeden za drugim i potem buty zaczynały „marsz” w stronę wyjścia… czyj but pierwszy wyszedł za drzwi, ta  jego właścicielka pierwsza miała zmienić stan cywilny.
A potem lanie wosku… najlepiej przez dziurkę od klucza… i już wszystko wiadomo co nas czeka, czego się spodziewać…
No, były jeszcze talerzyki… trzy talerzyki ułożone do góry dnem, a pod każdym z nich „zapowiadacz” przyszłości…obrączka oznaczała zamążpójście, różaniec – zakon /klasztor/, zaś gałązka czegoś zielonego /symbolizowała rutę/ – staropanieństwo. Talerzyki za każdym razem były przemieszane i się wyciągało… a każdy chciał… no to chyba jasne – każdy z zapartym tchem liczył na obrączkę.
A potem, kiedy już wszyscy znali swą najbliższą, świetlaną przyszłość, tańce były do upadłego… no, nie dosłownie.
Ależ to był czas, szkoda, że się nie wróci, chociaż…

„Powróćmy jak za dawnych lat
w zaczarowany bajek świat.
I w życiu może zdarzyć się
cudowna baśń”.

Pieczeń z mięsa mielonego z dodatkiem jabłek

Raz nazywa się taką potrawę klopsem, raz pieczenią…próbowałam nawet ustalić co jest co i czym się różni, ale niestety mi się nie udało… wszystko wskazuje na to, że w różnych regionach różnie to nazywają, czyli jest to dwa w jednym…klops w pieczeni lub pieczeń w klopsie, zawsze jednak z mięsa mielonego.

Dziś będzie pieczeń z mięsa wieprzowego, może klops??? z dodatkiem kwaśnych jabłek… ot taki wymysł /chyba gdzieś kiedyś natknęłam się gdzieś na taki dodatek, choć nie pamiętam gdzie/… jabłek jako takich nie czuć, ale delikatny posmak jednak pozostał.
Ja podałam swoją pieczeń z kaszą kus-kus, z dodatkiem sosu pieczeniowego jasnego /niestety, ale z torebki/, w towarzystwie buraczków z chrzanem.
pieczeń z jabłkami

Składniki

1/2 kg mielonego mięsa wieprzowego /dałam szynkę/
1 bułka kajzerka namoczona w bulionie /może być z kostki/
2 jabłka kwaśne /dałam antonówkę
1 cebula szalotka
1 jajko
3 kopiate łyżki kwaśnej śmietany
ziarenka smaku /vegeta/, pieprz, sól
natka pietruszki
szczypta cukru
pieczeń z jabłkami

Wykonanie

Do zmielonego mięsa dodać starte na grubych oczkach jabłka, drobno pokrojoną cebulę, rozdrobnioną bułkę, śmietanę oraz przyprawy i wymieszać. Gdy już będzie dobrze doprawione dodać jajko i dokładnie wymieszać. W razie potrzeby można dodać troszkę bułki tartej.

Blaszkę /foremkę/ posmarować olejem, wyłożyć masę mięsną, wierzch posmarować odrobiną oleju zmieszaną ze szczyptą cukru.
Piec w temp. 170 st. C ok. 60 min.

Podawać pokrojoną w plastry z dodatkiem ulubionego sosu i kaszy jęczmiennej, pszennej lub ryżu.
Dobrze smakuje też na zimno – do chleba, np. z takimi dodatkami jak Sos hinduski /pomidorowy/, Adżika czy Keczup z czarnej porzeczki

Zupa grochowa

Nigdy nie miałam okazji spróbować prawdziwej wojskowej grochówki, ale doskonale potrafię sobie wyobrazić jej smak, zapach, konsystencję.
A więc w mojej wyobraźni zupa jest dość gęsta, pachnąca wędzonką, z dodatkiem podsmażonej kiełbasy i boczku, z dużą ilością majeranku, no i zawsze z groszku łuskanego, czyli takich żółtych połóweczek, które po ugotowaniu rozpadają się i tworzą  coś w rodzaju zagęstnika zupy. No i trochę „zieleniny” /poza „konkursem”, bo ja lubię/. A, oprócz grochu i jarzyn, jeszcze ziemniaki, pokrojone w kostkę, większą kostkę, natomiast żadnych makaronów. Makaron typu łazanki jest u mnie natomiast obowiązkowy w zupie fasolowej /z fasoli „Jasiek”/. No tak mam.

W moim rodzinnych domu takiej grochówki się nie robiło. U nas zupa grochowa była serwowana tylko w okresie jesienno-zimowym i zawsze była gotowana z grochu białego i tzw. „krasego”, czyli biało-bordowego.
Grochówkę z groszku łuskanego i sposób jej gotowania poznałam dzięki koleżance z  pracy, która jak pamiętam robiła ją dość często, chyba dlatego, że jej mąż był wojskowym.
A oto moja zupa grochowa, którą wszyscy lubią, ale nie wszyscy ze względów zdrowotnych mogą jadać, stąd rzadko gości na naszym stole.
zupa grochowa

Składniki

0,5 kg łuskanego grochu
ok. 25 dkg dobrej, wędzonej kiełbasy
ok. 15 dkg wędzonego boczku
2 marchewki
1 pietruszka
kawałek selera
kilka ziemniaków /w zależności ile ich chcemy w zupie/
2 łyżki cebuli prażonej /lub 1 świeża/
1 ząbek czosnku
2 liście laurowe
3-4 ziarenka ziela angielskiego
garść majeranku
natka pietruszki lub selera

Wykonanie

Dzień wcześniej wieczorem wypłukać groszek i osączyć na sicie, po czym zalać zimną wodą i odstawić na całą noc /zapewni to krótszy czas gotowania grochu w dniu następnym/.

Następnego dnia do garnka wlać wodę, dodać pokrojone warzywa – marchew, pietruszkę i seler, a także liście laurowe i ziele angielskie – gotować ok. 30 min., po czym dodać ziemniaki pokrojone w większą kostkę oraz trochę soli /ok. łyżeczki/ i gotować do miękkości.

Osobno ugotować groch – w naczyniu i w wodzie, w której się moczył. Po ugotowaniu rozgnieść ziarenka na papkę /ja to robię za pomocą tłuczka do ziemniaków/. Dodać do garnka z zupą razem z prażoną cebulą.

Tu uwaga – jeśli nie chcemy grochu w postaci papki, dodajemy namoczony groch od razu do zupy – razem z ziemniakami.

Boczek pokroić w kostkę, zaś kiełbasę w półplasterki – podsmażyć i dodać do zupy. /Jeśli zdecydowaliśmy się na użycie świeżej cebuli, podsmażyć ją razem z boczkiem i kiełbasą/.
Dodać też czosnek przeciśnięty przez praskę, majeranek oraz „zieleninę” – zagotować, ewentualnie doprawić do smaku solą.

Sernik Żeni – z bezą

To sernik, który najdłużej wyczekiwał w mojej „poczekalni”… tak, bardzo długo, bo jeszcze chwila, a okres oczekiwania osiągnąłby, bagatela … 2 lata. A dlaczego?
No dlatego, że autorka przepisu /moja koleżanka Żenia właśnie, stąd jego nazwa, aby go jakoś wyróżnić/, przekazała mi przepis trochę niezrozumiały dla mnie  prawie 2 lata temu, a jego uściślenie nastąpiło dopiero teraz.
Ale jako że „co ma wisieć, nie utonie” jest już i kompletny przepis i sernik upieczony na jego podstawie.
A sam sernik, no cóż, warto było czekać… cudo!!! przede wszystkim jest wysoki /a ja lubię ciasta wysokie/ i opadł tylko minimalnie, delikatny, puszysty, rozpływający się wprost w ustach… niebo w buzi… dzięki Żenia za podzielenie się przepisem.
sernik Żeni

Ciasto

3 szklanki mąki
1 masło lub dobra margaryna /u mnie margaryna tortowa/
5 żółtek
2 łyżki cukru pudru
1 1/2 łyżeczki proszku
sernik Żeni

Ser

1,3 kg sera białego /użyłam twarogu śmietankowego*/
9 żółtek
1 masło lub dobra margaryna /u mnie masło 200 g/
1 budyń śmietankowy albo waniliowy
1 łyżka mąki ziemniaczanej
1 3/4 szklanki cukru /można dać 1,5 szkl. wystarczy/
szczypta soli
rodzynki
olejek pomarańczowy i cytrynowy
skórka i sok z cytryny
sernik Żeni

Piana z białek

5 białek /pozostałych od ciasta/
1 szklanka cukru
1 łyżeczka mąki ziemniaczanej
sok z cytryny

Wykonanie
sernik Żeni

Ciasto

Ciasto zagnieść,  podzielić na dwie części, 2/3  dać do lodówki, a 1/3 uformować w wałeczek – lepiej się potem ściera – i włożyć do zamrażalnika.
Następnie ciasto z lodówki /2/3/ rozwałkować i wyłożyć na blachę, nakłuć widelcem w kilku miejscach, po czym wyłożyć na ciasto masę serową.

Masa serowa

Masło/margarynę/ utrzeć z cukrem na puszystą masę, cały czas ucierając dodawać po 1 żółtku, a kiedy już będzie dobrze utarte dodać ser /nie mielony*/, a następnie budyń, mąkę ziemniaczaną, olejek pomarańczowy i cytrynowy /po kilka kropli/, skórkę i sok z cytryny. Na końcu delikatnie wmieszać do masy serowej rodzynki /obsypane delikatnie mąką/ i pianę z białek ubitą na sztywno ze szczyptą soli.

Ser można przygotować w malakserze, dzieląc oczywiście wszystkie produkty na pół /za wyjątkiem białek/, a następnie masę serową połączyć w garnku i wtedy dodać rodzynki i pianę z białek. Ja tak właśnie zrobiłam, w związku z czym nie musiałam osobno mielić sera.

Piana z białek

Ubić pianę z 5 białek / pozostałych od ciasta/ ze szczyptą soli , usztywnić 1 szklanką cukru, na koniec dodać 1 czubatą  łyżeczkę mąki ziemniaczanej i sok z cytryny.
Ubitą pianę wyłożyć na ser, a na wierzch zetrzeć pozostałą 1/3 ciasta /z zamrażalnika/

Ciasto piec przez 60 min. pierw w temp. 180 st.C /grzanie góra-dół/, a gdy już urośnie  /po ok. 30 min./ zmniejszyć temperaturę do 160 st.C. Po tym czasie /po 60 min./ grzanie wyłączyć, zostawiając jednak piekarnik  zamknięty jeszcze przez 30 min. a następnie uchylić drzwiczki i tak pozostawić do całkowitego ostygnięcia.
sernik Żeni

moja uwaga – ciasto wychodzi wysokie /w czasie pieczenia, gdy rośnie – bardzo wysokie/, stąd na przyszłość umieścić blaszkę o jedno „piętro” niżej niż poziom środkowy

*)ser śmietankowy był miękki i dosłownie rozpadał się, stąd nie trzeba było go mielić, ale gdy będzie dysponować serem bardziej zbitym wskazane zmielenie go lub zmiksowanie w malakserze przy użyciu noży /to zastąpi mielenie/