Biszkoptowa rolada z jabłkami

Przy okazji rozpoczętej akcji „coraz bliżej święta” i pieczenia piernika, musiałam jeszcze zagospodarować resztkę jabłek antonówek, aby nie skazać ich na całkowite zamarznięcie na balkonie, wszak z jabłek tak czy siak śnieżki nie uda się zrobić.
Padło na tą roladę. Miałam na nią zakusy już od lat, ale tak jakoś schodziło, ale dziś nastał dzień dobroci dla wszystkich, dla rolady też. Wreszcie się doczekała.
biszkoptowa rolada jabłkowa

Składniki

5 jaj
1 niepełna szklanka cukru
1 szklanka mąki pszennej
1 łyżeczka proszku do pieczenia
ok. 1 kg jabłek /u mnie 0,75 kg już oczyszczonych/
1 cukier waniliowy, cynamon, rodzynki/żurawina

Wykonanie

Jabłka oczyścić i pokroić w kostkę. Wyłożyć na dużą blachę /u mnie 30×40 cm/ wyłożoną papierem posmarowanym masłem, wyrównać, potrzepać cukrem waniliowym i cynamonem, rozrzucić po całości trochę rodzynek /rodzynki mają być jedynie małymi akcentami w roladzie, stąd ich ilość nie może być przesadzona/.

Białka ubić ze szczyptą soli na sztywno, cały czas ubijając dodawać po 1 żółtku i kilka łyżek cukru, na końcu zmniejszyć obroty na najniższe, dodawać stopniowo mąkę z proszkiem do pieczenia i delikatnie wymieszać.
Ciasto wylać na jabłka. Piec w temp. 150 st. C /termoobieg/ przez 30 min.

rolada biszkoptowa

Po upieczeniu gorące ciasto wyłożyć na ściereczkę /biszkopt znajdzie się na spodzie/, zdjąć papier i zwinąć roladę /jabłka znajdą się w środku rolady/. Pozostawić tak zawiniętą do ostudzenia. Zimną obsypać cukrem pudrem.

Moje uwagi na przyszłość
-można ubijać od razu całe jajka, bez uprzedniego oddzielania białek
-jabłka można pokroić w plasterki lub zetrzeć na grubych oczkach

-w przypadku gdy jabłka są bardzo soczyste odsączyć z soku, a nawet dać nieco kisielu w proszku /gdy mamy kostkę/, lub kaszy manny /gdy są starte/
-jeśli jabłka kwaśne – ilość cukru do ciasta jak w przepisie, gdy jest inaczej – ilość cukru zmniejszyć
-można z tej porcji upiec również ciasto na blasze będącej na wyposażeniu piekarnika – ciasta będzie mniej /cieńsza warstwa/
-roladę zawijać pierw w papier, a potem dopiero w ściereczkę

Piernik żydowski, bardzo łatwy – dojrzewający

Nie przepadam za piernikami, tymi prawdziwymi, stąd rzadko je „popełniam”, ale  ten zwrócił moją uwagę swą nazwą… piernik żydowski… cóż to może być? Poczytałam przepis i zainteresował mnie na tyle, że postanowiłam go upiec.
Przepis „przekonał” mnie tym, że można i trzeba go upiec wcześniej, zanim jeszcze  nadejdzie nawałnica prac świątecznych.
A przepis „wypatrzyłam” u Smacznej Pyzy,  nawet polewę zrobię taką samą, choć widzę, że jest prawie „łańcuszek” osób, które przekazywały sobie przepis i być może po raz pierwszy pojawił się w  książeczce z serii Biblioteczka Poradnika Domowego: „Ciasta na święta i inne okazje” /mam tą książeczkę i chyba nawet już piekłam kiedyś ten piernik…ale nie chce mi się szukać, więc bazuję na tym /.
piernik żydowski  nie przełożony
piernik żydowski   piernik przełożony marmoladą różaną

Piernik należy upiec  na 1-4 tygodni przed świętami.
Więc upiekłam i wstawiam tu przepis, może ktoś się też skusi?jest jeszcze bez „makijażu”, ale jest już mięciutki, pachnący, będzie dobry na świąteczny stół. Na razie
został przeniesiony do „poczekalni”, kiedy go udekoruję wstawię dodatkowe zdjęcia.
piernik żydowski

Składniki na 2 pierniki

600 g mąki pszennej  /3,5 szklanki/
1 łyżka proszku do pieczenia
1 łyżeczka sody oczyszczonej
1/2 łyżeczki soli
3 łyżeczki cynamonu
1 czubata łyżeczka przyprawy do pierników
2 łyżki kakao naturalnego
250 ml oleju roślinnego /1 szklanka/
250 ml miodu /1 szklanka/
1 szklanka cukru brązowego /dałam zwykły/
3 jajka
250 ml /1 szklanka/ ostudzonej mocnej kawy lub herbaty – (napar z ok. 3 czubatych łyżeczek kawy naturalnej)
125 ml /1/2 szklanki/ soku pomarańczowego – świeżo wyciśniętego
60 ml rumu
100 g smażonej w cukrze skórki pomarańczowej
200 g grubo pokruszonych orzechów włoskich łuskanych

Wykonanie
piernik żydowski

Do miski przesiać mąkę i pozostałe składniki sypkie. W drugim naczyniu roztrzepać jajka wlewając do nich olej, miód, kawę, sok i rum. Mokre składniki wlać do suchych i wymieszać dokładnie . Dodać orzechy i pokrojoną drobno skórkę pomarańczową /uprzednio potrzepane mąką/, ponownie wymieszać.

Dwie keksówki ( u mnie jedna 35×11 cm, druga 27×10 cm) posmarować masłem i wysypać mąką (ja wyłożyłam papierem do pieczenia). Do tak przygotowanych foremek wlać ciasto –  mniej więcej do połowy wysokości. Wstawić do piekarnika nagrzanego do 160 st. C grzanie góra-dół i piec 60-65 minut (przez pierwsze 40 minut nie otwierać piekarnika) – przed wyjęciem sprawdzić stan ciasta patyczkiem. Jeśli wierzch rumieniłby się za bardzo, to trzeba formy przykryć arkuszem folii aluminiowej.

Gdy piernik lekko przestygnie wyjąć go z foremek i pozwolić mu zupełnie ostygnąć. Następnie każdy zawinąć w czystą ściereczkę. a następnie dokładnie w folię spożywczą i odłożyć, aby sobie spokojnie dojrzewały. Przed samymi Świętami wyjąć z opakowania, polać i udekorować. Przed udekorowaniem można przekroić i przełożyć powidłami.
piernik żydowski

 

Co za impuls…?!

Za oknem szaro, buro, wietrznie… aura w 100% nie dla mnie. Brak energii, brak zapału do czegokolwiek, a do tego jeszcze te zmiany pogody, ogromne wahania ciśnienia, ciągnąca się już chyba tygodniami migrena. Przerażenie budzi dodatkowo kartka z kalendarza i bijąca w oczy data… listopad ma się ku końcowi, najwyższy czas by pomyśleć o Świętach…

Zdaję sobie nagle sprawę z tego, że w innych latach byłam już bardziej „zaawansowana” w przedświątecznych przygotowaniach.
Ale z samego faktu, że widzę kartkę z kalendarza, że kłuje w oczy data, a ogląd całej sytuacji w realu nie jest pozytywny, nic jeszcze nie wynika – werwy jak nie było, tak nie ma.
Aż do dziś… bo dziś wszystko obraca się o 180 stopni, powraca na właściwe tory.
A powód tej zmiany?

Wybrałam się jak zwykle do „mojego ulubionego” sklepu na zakupy. Przy wejściu stały młodziutkie dziewczyny i z uśmiechem wręczały kartki z wydrukowaną listą produktów, które można dodatkowo zakupić i oddać potrzebującym. Te uśmiechnięte dziewczęta były wolontariuszkami Banku Żywności, rozpoczęła się bowiem Świąteczna Zbiórka Żywności.
Jakaż piękna akcja – pomyślałam i jakby uskrzydlona /sama nie potrafię stwierdzić co mi się nagle stało/ ruszyłam między półki sklepowe. Odezwały się we mnie tak ogromne pokłady dobroci /choć prawdę mówiąc często tak reaguję na potrzeby innych/, że obudziłam się z tego jesiennego „letargu” w jednej chwili.

Ochoczo kroczyłam między regałami i wkładałam do wózka raz potrzebne produkty do domu, a raz dla kogoś, może nawet bardziej potrzebującego niż ja.
Pomyślałam więc o produktach spożywczych dla domu, ale też o słodyczach dla tych nieznanych dzieci, wszak za kilka dni św. Mikołaja.
Przy wyjściu w podzięce otrzymałam naklejkę.
uśmiech

I coś mi się stało, coś się we mnie obudziło, wróciła energia, straszna chęć działania… do domu wróciłam już jako inna osoba.
Inna? nie, nie inna, ale taka sama jak dawniej… Ależ impuls, ależ „kopa” dostałam.

Zaczęłam intensywnie myśleć o zbliżającym się niebawem Świętach. Bo kto jak nie matka, babcia, ma o tym myśleć?

„Dobra gospodyni dom wesołym czyni”
.. makatki-wyszywanki wisiały ongiś w każdym domu, w każdej niemal kuchni…
I to jest prawda… gospodyni, czyli matka, jest odpowiedzialna za dom, za tzw. jego ognisko, za „dokładanie” drewienek, aby płomień nie zgasł, aby ciągle się paliło lub choćby tliło.
To w domu rodzinnym, a nie gdzie indziej, powinna być taka przystań, takie miejsce, gdzie przynajmniej raz w roku wszyscy się spotkają przy stole, a kiedy jak nie przy świątecznym stole?
A kto ma zadbać o to, aby wszyscy usiedli wspólnie i mieli przy czy zasiąść? Matka!

Kiedy przywołałam te wszystkie „złote myśli” już wiedziałam – najwyższy czas zabrać się do roboty.
I na początek upiekłam…  piernik… cudowny, pachnący miodem, cynamonem, naszpikowany orzechami i skórką pomarańczową, już mięciutki, a co będzie, kiedy „dojrzeje” do konsumpcji za 3 tygodnie??? na samą myśl robi mi się tak „świątecznie” na duszy.
Poczyniłam już też pierwsze kroki w kierunku „produkcji” uszek…będzie ich spora ilość, stąd używam słowa „produkcja”… grzyby się już moczą…
A reszta w następnych dniach, po kolei… Szkic świątecznego menu już opracowany, tylko działać.

I pomyśleć, że wystarczył taki mały impuls, danie coś od siebie, żeby natychmiast wróciło tyle dobrego, taka chęć bycia, życia, działania…nie mogę wręcz zrozumieć, jak to się stało.
Prawie jak w chińskim przysłowiu:
Co jawnie darujesz, potajemnie będzie ci zwrócone.
Albo:
Często dar jest niewielki, ale skutek z niego ogromny.
/Seneka Młodszy/

A teraz tego „kopa” chcę przekazać dalej… a odbiorca?… domyśli się, że jest adresatem…Koleżanko, „pierniczenie” czas zacząć!

Biały sos do smażonej ryby

Sos sam w sobie nie wygląda może zbyt efektownie, ale do ryby pasuje bardzo i smakuje też. Myślę, że warto od czasu do czasu wprowadzić jakąś odmianę w naszej kuchni. Autorem przepisu był Uretan.
kotlety rybne z białym sosem

Składniki

3 łyżeczki mąki krupczatki
oliwa
1 łyżeczka soli (lub 1,5 łyżeczki vegety)
2 łyżeczki cukru (lub lepiej miodu)
sok z cytryny (lub lepiej ocet winny)
1/2 łyżeczki pieprzu

Wykonanie

Na resztkę tłuszczu ze smażenia ryby (musi być go ok 3 łyżek, jeśli za mało – dodać oliwy) wsypać mąkę, zasmażyć bez rumienienia (może najwyżej leciutko zżółknąć). Wlać szklankę zimnej wody, dokładnie rozprowadzić zasmażkę, wsypać płaską łyżeczkę soli lub półtorej łyżeczki vegety, 2 łyżeczki cukru (lub miodu), zagotować. Wsypać pół płaskiej łyżeczki pieprzu. Ogrzewać i mieszając dodawać po troszku sok cytrynowy lub ocet tak, aby sos nabrał wyraźnego słodko-kwaśnego smaku (sos z octem jest smaczniejszy, choć mniej zdrowy). Włożyć kawałki usmażonej ryby, zagotować. Podawać z ziemniakami.

Zupa boczniakowa a’la flaczki

Przymierzałam się do takich flaczków „boczniakowych” od bardzo dawna, a to z prostego powodu – uwielbiam flaczki, takie prawdziwe, ale nie potrafię ich ugotować, nigdy zresztą nie próbowałam, a poza tym tylko ja jedna, jedyna w domu je lubię.
Kiedy spotkałam się z takimi a’la flaczkami z boczniaków, wiedziałam, że muszę je kiedyś zrobić.
Kiedy więc zobaczyłam je dzisiaj na sklepowej półce, natychmiast wylądowały w moim koszyku, a ja po powrocie do domu wylądowałam w kuchni. No, nie tak od razu, bowiem pierw poszperałam nieco w necie, poczytałam to i owo i stworzyłam taką oto zupkę a’la flaczki. Niektórzy brali repetę co oznacza, że chyba wyszło nieźle, zatem dzielę się moją „twórczością”.
zupa boczniakowa

Składniki

0,25 kg boczniaków /jedno opakowanie – tacka/
1 cebula
1 większa marchewka*
1 mała lub pół większej pietruszki*
kawałek selera*
kostka bulionu drobiowego /opcjonalnie/
sól, pieprz mielony
1 łyżka mąki
natka pietruszki
masło klarowane do smażenia

*) dziś zastąpiłam je mrożoną włoszczyzną – żeby było szybciej

Wykonanie

Oczyszczone warzywa pokroić w słupki /tzw. zapałkę/, cebulę w piórka, a grzyby w paski wzdłuż blaszek na kapeluszu..
W garnku stopić masło, włożyć pierw grzyby i cebulę, po chwili dodać warzywa, wsypać 1 łyżeczkę soli i dusić ok. pół godziny. Wlać 2 l zimnej wody, dodać ewentualnie kostkę rosołową, zagotować, po czym gotować jeszcze ok.15-20 min.
W wodzie /ew. śmietanie/ rozprowadzić czubatą łyżkę mąki, wlać do zupy i zagotować. Doprawić do smaku solą i pieprzem, dodać majeranek i natkę pietruszki.

Lekki bigosik z kapusty pekińskiej, cukinii i pieczarek

Robiłam kilka dni temu surówkę z kapusty pekińskiej, do której zużyłam połowę kapusty, zaś druga połowa /od strony głąba/ mi pozostała. A ponieważ nie lubię, aby się coś marnowało /u mnie z reguły się nie ma prawa marnować/, zaczęłam szukać sposobu na jej zagospodarowanie. I znalazłam u Koperka
Przy okazji mogłam zużyć także ostatnią cukinię, która dygotała z zimna na balkonie i była nieco przerażona na myśl o zbliżających się mrozach. Także pół opakowania pieczarek czekało jak na zbawienie, aby coś z nimi zrobić. Inne produkty niezbędne też były na posiadaniu kuchni, nie zostało więc nic innego, jak tylko zrobić tą potrawę.

Bigosik wyszedł bardzo dobry, leciutki, strawny, po prostu smaczny. A jaki ekonomiczny…i nic się nie zmarnuje.
bigosik z kapusty pekińskiej

Składniki

1/2 kapusty pekińskiej /część o grubszych liściach/
1 średnia cukinia
250 g pieczarek
1 marchewka
1 puszka pomidorów krojonych
1 pierś z kurczaka /pojedyncza/
1 cebula
2 płaskie łyżki koncentratu pomidorowego
1 płaska łyżka mąki
sól, pieprz czarny, vegeta, pieprz ziołowy, kminek mielony
natka pietruszki
olej

Wykonanie

Kapustę przekroić wzdłuż na 4 części, następnie pokroić w paski.
Cukinię obrać, jeśli ma ziarna – wydrążyć, pokroić w kostkę lub bardziej prostokątne kawałeczki.
Marchewkę, pieczarki i cebulę obrać, umyć i pokroić w kostkę, marchewkę w małe słupki.
Pierś z kurczaka umyć i pokroić w kostkę.

Do garnka dać troszkę oleju, rozgrzać, po czym wrzucić kapustę i marchewkę, a po chwili dodać pomidory z puszki. Dusić na małym ogniu.
Na patelni rozgrzać olej.  Wrzucić cebulę i pieczarki, po chwili dodać cukinię , chwilę smażyć, dodać do kapusty.
Na tej samej patelni podsmażyć kurczaka i też dodać do kapusty. Wszystko wymieszać. Przyprawić i dusić do miękkości warzyw, po czym ewentuanie zagęścić mąką. Przed podaniem dodać natkę.

Parówki pod serową chmurką

Parówki jak parówki, niby nic specjalnego, a jednak… zwłaszcza dla ich wielbicieli…
Dziś moja propozycja szybkiego ich przygotowania i podania …smacznie.
parówki z żółtym serem

Składniki

dowolna ilość parówek /u mnie Berlinki/
ser żółty w plasterkach – ilość odpowiadająca ilości parówek
dodatki – u mnie keczup, pomidor, cebula, zielona papryka

Wykonanie

Parówki obrać z osłonek, przekroić na pół, każdą połówkę okręcić połową plasterka sera i zapiec w mikrofalówce /parówka ma się podgrzać, a ser rozpuścić/.
Od razu nakładać na talerz, dodać inne składniki i zajadać z chlebem.
parówki z żółtym serem

Kotlety rybne z ryżem

Są już na moim blogu kotlety rybne, jakby mielone, z dodatkiem ziemniaków – Kotlety rybne z ziemniakami. Dziś będą podobne, ale dodatkiem będzie ryż.
Kotlety podałam z Białym sosem do smażonej ryby.
kotlety rybne z ryżem

Składniki

0,5 kg ryby morskiej np. mintaj, morszczuk
2 torebki /20 dkg/ ryżu
1-2 jajka
sól, pieprz cytrynowy, vegeta
szczypiorek lub natka pietruszki

jajko i bułka tarta do panierowania
kotlety rybne z białym sosem

Wykonanie

W osolonej wodzie ugotować ryż, odsączyć i ostudzić. Osobno ugotować rybę w wodzie z dodatkiem vegety /kostki rosołowej/, następnie osączyć i rozdrobnić za pomocą widelca. Do ostudzonego ryżu dodać rybę i przyprawy, a kiedy już będzie dobrze doprawione dodać jajka i dobrze wyrobić. Gdyby masa była za rzadka, dodać bułkę tartą.
Z masy formować kotlety, obtaczać w jajku, następnie w bułce tartej i smażyć na rumiano. Po usmażeniu układać na papierowym ręczniku w celu osączenia z nadmiaru tłuszczu.

Powróćmy jak za dawnych lat

„Powróćmy jak za dawnych lat
w zaczarowany bajek świat.
Miłością swoją w piękną baśń
me życie zmień.

Za siódmym morzem, z dala stąd,
znajdziemy czarodziejski ląd
i szczęście da nam każda noc
i każdy dzień”.

Dziś od rana chodzi za mną ta piosenka… jej słowa, jej melodia..
co u licha, myślę sobie, kto ma wracać, do czego ten powrót, dlaczego akurat dziś?
Ale zaraz, zaraz, jakiś powód być musi, nic nie dzieje się bez przyczyny.
Biorę do ręki kalendarz i nagle przychodzi olśnienie – przecież jutro popularne Katarzynki, za kilka dni Andrzejki…to czas tańców, hulanek, swawoli…

I tak samo nagle w ucho wpada mi inna melodia…

„Nie dla mnie sznur samochodów
Niech dalej jadą wprost przed siebie…

Nie dla mnie sezamy ulic
I kolorowych świateł gwiazdy
Nie dla mnie ta noc nad miastem…”

No fakt, nie da się ukryć – już nie dla mnie… ale czy to znaczy, że nie można też marzyć? Można! i trzeba!

„Pomarzyć bardzo dobra rzecz.
Ech, życie, życie nudne.
Pomarzyć bardzo dobrze jest,
w niedzielne popołudnie…”

A może zamiast marzyć, po prostu wsiąść do „pociągu byle jakiego”? albo jeszcze lepiej do wehikułu czasu?
Ja wsiadam „do karocy wspomnień” i udaję się w czasy przeszłe, prawie zamierzchłe, bo pół wieku wstecz… no, może nie do końca pół wieku, ale prawie, prawie…

Ależ to był okres, co prawda daleko mu było do karnawału, ale i tak, prawie tydzień tanecznego szaleństwa. W dzień św. Katarzyny /25 listopada/ panny już od rana przymierzały kiecki, robiły fryzury i inne upiększenia swej urody, aby na wieczór olśnić swego wybranka. A kiedy na celowniku jeszcze nikogo nie było, trzeba się było postarać jeszcze bardziej, żeby „coś” upolować, wszak partner do tańca był potrzeby aż do wieczoru Andrzejkowego, a jak dobrze się poukłada, to i na zabawę Sylwestrową będzie jak znalazł.

Nastrój zatem panował prawie podniosły, przy skocznej muzyce sączącej się z radia. Jedni byli podekscytowani wieczorem i „stanem posiadania”, inni zaś byli pełni nadziei, co też nieźle podnosiło adrenalinę.
A potem już „cała sala…”.

Ale w Andrzejkowy wieczór to się dopiero działo, bo to i tańce też były, ale do tego jeszcze wróżby. Co było przy tym zabawy, ile śmiechu, ile – płonnej czasem – nadziei, a wypieki na twarzach uczestników… to trzeba było widzieć.

Zaczynało się od losowania karteczek, z wypisanymi na nich imionami… wylosowane imię miało oznaczać imię przyszłego męża.
Potem w ruch szły buty… ustawiało się je gęsiego, jeden za drugim i potem buty zaczynały „marsz” w stronę wyjścia… czyj but pierwszy wyszedł za drzwi, ta  jego właścicielka pierwsza miała zmienić stan cywilny.
A potem lanie wosku… najlepiej przez dziurkę od klucza… i już wszystko wiadomo co nas czeka, czego się spodziewać…
No, były jeszcze talerzyki… trzy talerzyki ułożone do góry dnem, a pod każdym z nich „zapowiadacz” przyszłości…obrączka oznaczała zamążpójście, różaniec – zakon /klasztor/, zaś gałązka czegoś zielonego /symbolizowała rutę/ – staropanieństwo. Talerzyki za każdym razem były przemieszane i się wyciągało… a każdy chciał… no to chyba jasne – każdy z zapartym tchem liczył na obrączkę.
A potem, kiedy już wszyscy znali swą najbliższą, świetlaną przyszłość, tańce były do upadłego… no, nie dosłownie.
Ależ to był czas, szkoda, że się nie wróci, chociaż…

„Powróćmy jak za dawnych lat
w zaczarowany bajek świat.
I w życiu może zdarzyć się
cudowna baśń”.

Pieczeń z mięsa mielonego z dodatkiem jabłek

Raz nazywa się taką potrawę klopsem, raz pieczenią…próbowałam nawet ustalić co jest co i czym się różni, ale niestety mi się nie udało… wszystko wskazuje na to, że w różnych regionach różnie to nazywają, czyli jest to dwa w jednym…klops w pieczeni lub pieczeń w klopsie, zawsze jednak z mięsa mielonego.

Dziś będzie pieczeń z mięsa wieprzowego, może klops??? z dodatkiem kwaśnych jabłek… ot taki wymysł /chyba gdzieś kiedyś natknęłam się gdzieś na taki dodatek, choć nie pamiętam gdzie/… jabłek jako takich nie czuć, ale delikatny posmak jednak pozostał.
Ja podałam swoją pieczeń z kaszą kus-kus, z dodatkiem sosu pieczeniowego jasnego /niestety, ale z torebki/, w towarzystwie buraczków z chrzanem.
pieczeń z jabłkami

Składniki

1/2 kg mielonego mięsa wieprzowego /dałam szynkę/
1 bułka kajzerka namoczona w bulionie /może być z kostki/
2 jabłka kwaśne /dałam antonówkę
1 cebula szalotka
1 jajko
3 kopiate łyżki kwaśnej śmietany
ziarenka smaku /vegeta/, pieprz, sól
natka pietruszki
szczypta cukru
pieczeń z jabłkami

Wykonanie

Do zmielonego mięsa dodać starte na grubych oczkach jabłka, drobno pokrojoną cebulę, rozdrobnioną bułkę, śmietanę oraz przyprawy i wymieszać. Gdy już będzie dobrze doprawione dodać jajko i dokładnie wymieszać. W razie potrzeby można dodać troszkę bułki tartej.

Blaszkę /foremkę/ posmarować olejem, wyłożyć masę mięsną, wierzch posmarować odrobiną oleju zmieszaną ze szczyptą cukru.
Piec w temp. 170 st. C ok. 60 min.

Podawać pokrojoną w plastry z dodatkiem ulubionego sosu i kaszy jęczmiennej, pszennej lub ryżu.
Dobrze smakuje też na zimno – do chleba, np. z takimi dodatkami jak Sos hinduski /pomidorowy/, Adżika czy Keczup z czarnej porzeczki